Sympatykiem
jestem
„Ten
pęd, ten pęd upaja mnie…” śpiewał Ludwik Sempoliński, mknąc na
bicyklu z prędkością 20 km na godzinę. Przyprawiał damy o zawrót głowy
swą bezkompromisową nowoczesnością, co dzisiaj brzmi rozczulająco i
zabawnie, w żadnym jednak wypadku anachronicznie. Nasza cywilizacja
akcentowała dotąd dwa atrybuty nowoczesnej postawy wobec świata i osoby
ludzkiej – entuzjazm dla technologii oraz przyzwolenie na eksperymenty
obyczajowe. Wydaje się, iż to już dzisiaj nie wystarcza. Bycie człowiekiem
nowoczesnym oznacza wzięcie na siebie odpowiedzialności za przyszłość,
a ta związana jest z naturą, zaś związek ten, czy też związki, są w
najwyższym stopniu skomplikowane. Jakkolwiek paradoksalnie to zabrzmi, właściciel
samochodu wyposażonego w ABS, EBS, EED, ASD, EDS, SSI, TDI, AGS, BSA, VTR,
QTE, BLE BLE BLE, nie jest osobnikiem nowoczesnym ani też oryginalnym.
Okazuje się przy tym, iż banał, jak zawsze, kosztuje, za to wyjątkowość
możemy mieć za około tysiąc złotych. (Cena przyzwoitego roweru). Wielce
to pocieszające.

Rower
dostaję w otwartej właśnie wypożyczalni „Zelint” (po kaszubsku:
foka), mieszczącej się przy helskim fokarium. Teren rowerowni,
odpowiedniej byłoby powiedzieć: obejście, stylizowany jest na kaszubskie
podwórko: na drewnianym, miejscami omszałym płocie wiszą akcesoria
rybackie, jako to liny, bojki, kotwica, oparte stoją stare, potężne deski
trałowe. W znajdującym się tu, niewielkim budynku imitującym checzę,
czyli tradycyjny kaszubski dom, z firankami i pelargoniami w małych
okienkach, pracują pompy zasilające akwaria Stacji Morskiej oraz baseny
fokarium w wodę z Zatoki. Ziemia jest piaszczysta, porośnięta tu i ówdzie
trawą wydmową, jałowa. Do małej plaży helskiej mam stąd kilka kroków.
Ten niewielki, odizolowany płotem skrawek pozwala mi na chwilę zapomnieć
o straganach na bulwarze, pamiątkach, modnych w tym sezonie chińskich
poduszkach, reklamie nowej toyoty yaris, wiszącej nad wejściem na plażę
niczym łuk tryumfalny globalnego zamętu. W świetle bramy zamkniętej od góry
dwuspadzistym daszkiem niepoliczalny tłum turystów chrzęści sandałami;
„Zelint” jest na trasie ich przemarszu. Rozmawiam z Marcinem, 17-letnim
pracownikiem. Błękitny t-shirt z foką i napisem: „Ratujmy bałtyckie
foki. Stacja Morska Uniwersytetu Gdańskiego w Helu”, granatowa czapka z
daszkiem, z aplikacją o podobnym brzmieniu. Marcin mówi, że jedna trzecia
osób wypożyczających rowery to obcokrajowcy: Niemcy, Holendrzy,
Norwegowie, Francuzi, Czesi.
–
Polacy chyba są bardziej leniwi, wolą leżeć na plaży i łapać
opaleniznę – komentuje Marcin. – Nasi klienci z Unii Europejskiej, co
ciekawe, to ludzie starsi, często małżeństwa na emeryturach, niby już
nie tacy silni, a z roweru nie zrezygnują…
Przeprasza
mnie; dwie kobiety po czterdziestce proszą o napompowanie kół w ich
rowerach. Przypłynęły tramwajem wodnym z Gdyni i zamierzają jechać do Władysławowa.
Marcin uruchamia sprężarkę. Nie przyjmuje zapłaty. Jedna z kobiet, jak
się okazuje, pracuje w branży turystycznej i docenia odnoszenie się
Marcina do klientów.
–
Jeśli tylko mogę pomóc rowerzystom, robię to. Widzi pan?
Przy
płocie rośnie kilka drzew mirabelkowych, dających kojący cień. Marcin
pokazuje na rowery pod drzewami:
–
Ludzie przechowują u nas rowery, wózki dziecięce, plecaki. Mamy narzędzia,
więc usuwamy także drobne usterki w rowerach. Zależy nam, żeby rowerzyści,
nie tylko nasi klienci, wiedzieli, że w „Zelincie” znajdą opiekę.
Branie pieniędzy od ludzi w potrzebie byłoby po prostu nieprzyzwoite. Wie
pan: „Rower, honor, samopomoc” – śmieje się. Sympatyczny oryginał.
To
pierwszy sezon działalności rowerowni będącej agendą Fundacji Rozwoju
Uniwersytetu Gdańskiego. Po raz pierwszy także Hel i Władysławowo połączone
zostały ścieżką rowerową. Flota „Zelinta” składa się z 20
charakterystycznych maszyn, opatrzonych wizerunkiem foki pędzącej na
rowerze. W przyszłym roku ma się powiększyć o 30 kolejnych
jednostek.

Przede
mną odcinek Hel – Jurata o długości około 11 kilometrów. Przednie
amortyzatory doskonale sprawdzają się na quazi górskiej trasie tłumiąc
wstrząsy, hamulce działają bez zarzutu, jadę na 6. i 7. biegu, mechanizm
Shimano miękko przenosi łańcuch na odpowiedni tryb. Ścieżka biegnie w
lesie, szosę mam z lewej, za drzewami. Czuję zapach rozgrzanego boru
sosnowego, wpadam w plamy światła i ciepłego cienia. Nawierzchnia jest
utwardzona, z dodatkiem drobnego tłucznia, miejscami chuda wylewka
cementowo-piaskowa oraz spore łachy piasku i pyłu o jasnoszarym kolorze.
Uwolniony cement? Zastanawiam się nad technologią wykonania i od czego
zależało partaczenie roboty? Pieniądze? Niewłaściwe materiały? Jestem
pełen obaw, że pierwszy sezon rowerowy będzie też ostatnim. W „Zelincie”
zwracali mi uwagę na niebezpieczeństwa: wspomniany piasek, zjazdy
przechodzące w zakręty. Powinienem używać przedniego hamulca z
wyczuciem; jest ostry, zatrzymuje rower niemal w miejscu. Raczej szorować
tylnym kółkiem. Stosuję się do zaleceń. Ale właśnie z powodu
offroadowej nawierzchni jazda z Helu do Juraty sprawia mi wielką przyjemność
i jak żadna, nadaje się do dynamicznej i efektywnej pracy biegami. Mijam
licznych rowerzystów z naprzeciwka. Nie zawsze przestrzegają zasady jazdy
gęsiego, co na krętej ścieżce niknącej za drzewami wymaga ode mnie
nieustannej koncentracji. Pedałujących staruszków nie ma, zobaczę ich
dopiero na ścieżce w Juracie i dalej; ten widok sprawi mi ogromną
przyjemność, uśmiecham się, pozdrawiam. O! Wy, niestrudzeni
staruszkowie! Jesteście warci ody! Gdybym tylko miał pióro godne waszego
tryumfu w walce z czasem! Życie podsuwa nam radości, na które nigdy nie
jest za późno.

Zaawansowanym
rowerzystom dotarcie do Juraty zajmuje około 30 minut, mniej sprawnym
kilkanaście dodatkowych. Dzwoni Marcin z „Zelinta”, pyta, jak było w
lesie. Zapomniałem wspomnieć, iż opuszczając Hel, po mniej więcej
kilometrze, napotykamy na zjazdy prowadzące do dwóch obiektów prezentujących
krzepką architekturę militarną; jednym jest stanowisko ogniowe armaty
Schleswig-Holstein, drugim wieża, z której bystroocy niemieccy dalmierzyści
mieli kierować ogniem wspomnianego działa (kaliber 406 mm, długość lufy
– 21 metrów). Podobno miało rozwalić Gdańsk, gdyby dostał się w ręce
Rosjan. Przyjemnostka dla pasjonatów zorganizowanego unicestwiania. Osobiście
wolałbym widzieć szkopską działobitnię (wielki okrąg) zamienioną na
amfiteatr w greckim stylu, zaś wieżę na pub z tarasem widokowym, z którego
podziwiać można morze wody i morze sosen porastających półwysep, równie
bezmierne; uważam konserwowanie podobnych obiektów w duchu militarnym za
infantylne. Zachłystywanie się zwiedzających zasięgiem rażenie, grubością
murów, potęgą itp. przy jednoczesnym braku zainteresowania kwestią,
czyimi rękami wzniesiono te konstrukcje, jest dziecinne, nieodpowiedzialne:
„Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani/że za tobą idą chłopcy
malowani”. Społeczność lokalna ma prawo rekonstruować historię swojej
ziemi, jaka by ona nie była; na półwyspie była w dużej mierze historią
militarną. Pokłady dziejów są tu płytkie, materialnych pamiątek życia
codziennego niewiele i każda jest cenna, jednak wojenka 39. i okupacja były
rzezią. W tej sytuacji pamięć o betonie i stali nie wydaje się być
rzeczą najważniejszą.

Na
całej długości leśnego odcinka ścieżki Hel – Władysławowo znajdują
się ławki, stojaki na rowery oraz tablice informujące o stanie helskiej
fauny i floty. Można odpocząć słuchając ptaków, szumu drzew. Po
opuszczeniu boru sosnowego jadę krótko po nawierzchni z kostek. Tu ścieżka
ma dwa pasy: czerwony i szary. Nie orientuję się, który z nich służy do
jazdy rowerem, a który do spacerów. Być może przeoczyłem pionowe
oznakowanie. W każdym razie brak konturu roweru namalowanego na kostkach
sprzyja kontrowersjom. Wiodę krótki spór na temat kolorów z miłą parą
spieszącą na plażę. Dochodzimy do konkluzji, iż anarchia szarości i
czerwieni przypomina polską politykę. Ustalamy, że będziemy trzymać się
swoich prawych stron.
–
Kiedy pańska jest prawa, to moja jest lewa? – upewnia się mężczyzna,
szpakowaty brunet.
–
Tak – przyznaję. I dodaję, bo nie wiem, jak ten pan definiuje
siebie politycznie: – Ale potem jest na odwrót.
–
Pozostajemy w równowadze?
–
Właśnie. To duży kraj, miejsca starczy dla wszystkich.
–
Jakie to proste – wzdycha towarzyszka mężczyzny. – Gdybyś
tylko chciał mnie słuchać, Stefan…
Wkrótce
kostka kończy się i zjeżdżam na asfalt. Kilkaset metrów dalej zaczynają
się betonowe płyty, co prawda wyraźnie oznaczone jako ścieżka rowerowa,
ale nierówne i pokruszone; podskakuję do samej Jastarni. Radziłbym
objazd, niestety, nie da się ominąć Juraty w drodze do Władysławowa, a
szkoda, bo kto lubi się narzucać? Pewnie magistrat w Jastarni stawia na
grube portfele i drogie samochody wyposażone w BLE BLE BLE; w świecie
prowincjonalnego snobizmu nie ma miejsca dla spoconych rowerzystów.

Oto
i okolice mariny. Krótki odcinek z krzywych płytek chodnikowych, tak
starych, że wkrótce będą równie cenne, co renesansowy bruk. W porcie
kutry, jachty, łódki, żaglówki przyciągają wzrok, ale ja zalecam uwagę
i patrzenie pod koło. Dziękuję w duchu „Zelintowi”, że wyposażył
rower w amortyzatory. Mijam jastarnicką wypożyczalnię; czytam na kawałku
dykty, że chcą za godzinę rowerowania pięć złotych. Ci z „Zelinta”
biorą cztery. Pojmuję teraz ukryty sens zakazu jazdy do Helu; od
rowerzysty napotkanego na ścieżce w helskim borze sosnowym usłyszałem,
że ci z Jastarni nie pozwalają swoim klientom podróżować na południowy
wschód; odcinek Jurata – Hel jest w ich opowieściach jak ta droga w górach
z filmu „Cena strachu”: dwaj faceci mieli przewieźć nitroglicerynę w
cysternie traktem, którym nawet pojedyncze osły nie mogą się przepchać,
tak tam wąsko, spadzisto, kamienisto, a wokół przepaście. Na dodatek
strzelają lokalni partyzanci. Wskaźnik męskości natychmiast podskoczył
mi w górę: więc ja, były nauczyciel, posiwiały wałach w okularach,
pokonałem drogę tylko dla straceńców i twardzieli? Bożeż ty mój! Kim
ja jestem w istocie? Czy moja żona wie? A moje dziecko? A rodzina, która
śmieje się ze mnie, że nic w życiu nie osiągnąłem? Kto wie, do czego
by tam ze mną nie doszło, gdyby nie początek porządnej ścieżki
kostkowej. Wielu twierdzi, że idealna ścieżka rowerowa powinna mieć
nawierzchnię asfaltową, ale przecież żyję w Polsce i wiem, że ten
polski asfalt zamieniłby się po tygodniu upałów w czarne gluty, więc
niechże będzie kostka. Kostka jest szara, wzdłuż osi ścieżki biegnie
przerywana linia z kostki czerwonej. Trochę to przypomina jezdnię. Rozsądnie
i wygodnie, skłania do stosowania reguły ruchu prawostronnego. Muszę
jednak dzielić ścieżkę z pieszymi, więc używam dzwonka. Mijają mnie
zorganizowane grupy uczniowskie, w kaskach. Znakomicie. Zauważam jednak, iż
młodzi rowerzyści siedzą zbyt nisko, nogi mają ciągle ugięte i
niepotrzebnie się męczą. To powszechny błąd. Chodzi o takie ustawienie
siodełka, by rowerzysta miał nogę wyprostowaną, a pełną stopą dotykał
pedału, który znajduje się w swoim najniższym położeniu.

Opuszczając
Jastarnię mijam lądowisko dla helikopterów i awionetek. Korzystają z
niego politycy i bogacze, my, rowerzyści, ubodzy w materię, możemy wykupić
lot panoramiczny starym samolotem transportowym; nie znam się na
samolotach, ale ten, o którego baloniaste koło opiera się przykurzony mężczyzna
w średnim wieku, żujący jakąś łodygę, żeby nie zasnąć, wygląda
chyba na antonowa. Dość często spotykam młodych rowerzystów pedałujących
i rozmawiających przez telefon, co jest zajęciem głupim, ale obowiązującym.
Prostak Jourdain z „Mieszczanina szlachcicem” Moliera pobierał nauki tańca,
fechtunku, śpiewu, wytwornego wyrażania się, kazał sobie uszyć
najmodniejszy frak i, doprawdy, uroczy negliżyk, wszystko po to, by stać
się karmazynem. Czasy się zmieniły, ambicje są te same. Z drugiej strony
są motorem postępu. Zatem dziękujmy głupcom za ich marzenia. Człowiek
naprawdę mądry nie ma na nic ochoty, albowiem wie, iż to i tak marność
nad marnościami. Wniosek? Ładnie byśmy wyglądali, gdyby nie zachłanność
durniów. A oto rowerowy matrix, kolejna grupa użytkowników ścieżki
odstająca od zwykłych pedałujących, jak odstaje penis od ciała.
Pojawiają się nagle; cisi, zakuci w ciemne kaski, czarne okulary, albo też
takie, co przypominają oczy ważek, obcisłe trykoty, rękawiczki, buty
kolarskie. Prężą uda i łydy, usta zasznurowane, mięśnie policzkowe
napięte. Bezimienni jeźdźcy, wytwory technologii, duchy nowych czasów,
do mdłości pretensjonalni. Skąd przybywają i dokąd zmierzają? Kim są?
Czym sterują? Kasta nadzorców nad rowerową gawiedzią? Co robią między
nami, kontemplującymi z wysokości tanich rowerów krajobraz i chwile szczęścia?
rozrzutnie szafującymi czasem, podczas gdy matrix mknie? Rowerowa
arystokracja. Jestem pewien, że ich matrixowe okulary kosztują tyle, co
rower z „Zelinta”… warto nadmienić, iż dochód z rowerowni w Helu
przeznaczony jest na helskie fokarium. Ten kontekst, uświadomiony w tym
momencie, każe mi wybuchnąć śmiechem. Puste pajace! Zaraz jednak opadają
mnie wątpliwości, myślę, jakież oni muszą mieć małe członki i
drobne jądra, skoro tak intensywnie i za taką grubą forsę się dowartościowują.
Biedni faceci z ikrą. Jakże beztroscy są przy nich staruszkowie pedałujący
sobie a muzom na aparatach bez przerzutek. Vivat, piękni, starzy ludzie na
rowerach! Wkrótce zapominam i o komórczakach, i o sfanatyzowanych gościach
z ikrą, bo oto wypływam na mokrego „przestwór oceanu”, czyli na płaską
jak stół ścieżkę wiodącą brzegiem Zatoki Gdańskiej. Gdybym się był
urodził pejzażystą, natychmiast złapałbym za pędzel i przynajmniej
akwarele, choć przecież i ciężkie oleje byłyby tu nie od rzeczy. A
jeszcze ten zapach bijący od niekończącego się szpaleru dzikich róż (Rosa
rugosa), oddzielającego ścieżkę od jezdni. Morze i róże. I jeszcze
kępy łoziny gorzko pachnącej migdałami, i jeszcze słoneczne bliki na
wodzie, i żagle, błękit nieba, bezowe chmurki, łagodny i ciepły
wiatr… znakomity zestaw elementów, choć swojskiej, to zaskakująco
intensywnej, egzotyki. Jest pozbawione sensu uzasadnianie wyjątkowości
tego miejsca; ono należy do sfery uczuć, nie intelektu, i wymaga naszego
uczestnictwa. Krajobraz morski jest w gruncie rzeczy monotonny, nie
ekscytuje, (linie poziome uspokajają), zresztą bycie nad ruchliwym morzem
nie wiąże się z aktywnym podziwianiem widoków, jak to się dzieje na
przykład w kolosalnie statycznych górach (linie pionowe dynamizują);
wychodzimy na plaże, by spać i gnuśnieć w piachu i na piachu. Zapewniam,
rowerowa wędrówka skrajem lądu, wzdłuż Zatoki skrzącej się słońcem,
nie jest przeżyciem codziennym. Na odcinku Jastarnia – Chałupy nie
napotykam pieszych, pewnie z uwagi na jego długość; zbyt wielka jest siła
przyciągania tkwiąca w restauracyjnych zydlach, w leżakach, kocach,
parawanach itp. Ścieżka prowadzi dalej, do Władysławowa, jednak z wolna
traci swoistość; po prostu wygodny szlak rowerowy. Tutejsze pola
campingowe zdają się nie mieć końca. Podobnie rząd samochodów wbitych
po kły w piasek wydm i trawę pobocza. Stopień dewastacji zaskakuje mnie i
sprawia przykrość. Tymczasem po wodzie Zatoki wędrują barwne plamy; to
windsurferzy idą z wiatrem w zawody. Zwinnie operują żaglami, lekko
muskają grzbiety fal. Lecą, płyną, ślizgają się. Musi upłynąć dłuższa
chwila podziwiania amatorów tego, jakże przyjaznego przyrodzie, sportu,
zanim uświadamiam sobie, że samochody na wydmach do nich przecież należą!
Nikogo innego tu nie ma. Robi mi się wstyd. Cholerni posuwacze wiatru! Na
dowód trafności moich przypuszczeń w dziurę, która była niegdyś
poboczem, pakuje się volkswagen tuareg z ogromnym bagażnikiem marki Thule
na dachu. Wyskakują dziarscy, muskularni młodzieńcu, pięknie
przystrojeni. Badają wiatr, popierdują, pohukują, pokrzykują, po czym
wyciągają sprzęt. Hałaśliwe, podniecone palanty nie widzące dalej niż
na długość ich usmarkanych „bukszprytów”. Rozjeżdżają i rozdeptują
wydmowy krajobraz, jakby to było ich kartoflisko. Jak się kobyła łysa
urodzi, to i łysa zdechnie. Zastanawia mnie bierność gminy Władysławowo.
Poradzenie sobie z kmiotkami wydaje się być tak proste, że, doprawdy,
sromota. Będę bardziej odkrywczy twierdząc, iż dzień można poznać po
tym, że słońce świeci, niźli podpowiadając gminnym urzędnikom sposoby
chronienia przyrodniczej substancji półwyspu. Chyba, że oczywistość
dnia jest dla nich równie problematyczna.
Wracam
do „Zelinta” koło ósmej wieczorem. Półwysep Helski możemy przejechać
w około trzy godziny, wliczając w to krótkie przerwy na odpoczynek.
Rozkoszowanie się sosnowym borem i mocną jazdą wśród drzew czy Zatoką
wymaga większego czasu. Ja się nie spieszę. Za całodzienną wycieczkę płacę
20 złotych. Marcina zastępuje pięćdziesiątak z siwym wąsem.
–
Jak było? – pyta znad kasy fiskalnej. Podaje mi paragon.
–
Świetnie – odpowiadam. – Bajkowo.
Dostaję
darmową wejściówkę do fokarium.
–
Dla sympatyków – słyszę
Krystian
Piwowarski
|